(I)Lustrowany alfabet Papli

         A – jak Alfabet Papli. Abecadło w zasadzie. Skąd taka formuła wstępu? To proste. Bardzo trudno w inny sposób i w miarę kompleksowo nakreślić opowieść o prawdziwym człowieku – by nawiązać do klasyki. To nawiązanie nie bez przyczyny zresztą. Papla też już stał się klasykiem. Najlepszy dowód, że przy okazji jubileuszowej wystawy Jacka przed trzema laty znany krytyk sztuki Andrzej Haegenbarth nazwał go mistrzem serigrafii i grafiki użytkowej.
Ale A to także, a właściwie przede wszystkim, Anna, pierwsza Paplowa córka. Anglistka, by zostać w tych najwyższych alfabetowych rejestrach, mieszkająca na dodatek w Anglii. Zajmuje się kontaktami firmy, w której jest zatrudniona, z zagranicą. Ania szczęśliwie przyszła na świat w takiej chwili, że możemy dziś mówić z Jackiem, iż znamy się od kołyski. Jej kołyski.

        B – jak blues. Ulubiona muzyka bohatera tej oto wystawy i tego katalogu. Co w niej słyszy – trudno powiedzieć. Musi jednak coś słyszeć, skoro pozostaje wierny owemu stylowi od blisko półwiecza. Numerem jeden na paplowobluesowej liście jest utwór zespołu DŻEM Czerwony jak cegła, z którego tytułem Jacek w pełni się utożsamia. Podczas naszej samochodowej podróży z Warszawy do Poznania odtworzył ten kawałek dwanaście razy. Albo osiemnaście.
         Ale B to również pewien mały, łaciaty beagle – pies o imieniu Aldo, jeden z wielu z Paplowej sfory, jaką można by utworzyć ze wszystkich psów, które miały niewątpliwą przyjemność żyć z artystą i jego rodziną w ciągu minionych dekad. Tym, co różni owego szalonego beagle’a od reszty wspomnianej pieskiej ferajny, jest nieprawdopodobna ruchliwość. Gdyby się okazało, że w tej chwili penetruje Antarktydę – nie byłoby w tym nic dziwnego. Stawiając zaś kropkę za B – w tym podrozdziale muszą się też znaleźć dwie ważne dla Jacka serie jego prac: Być (1978), na którą złożyły się cztery grafiki oraz trzyczęściowy Bułgarski notatnik (1983). I tak nam oto powiało zagranicą…
         C – jak cykle: norweski (1987, 1994), wenecki (1997, 2000) i londyński (1999). Prawda, że powiało? Co łączy owe cykle? Podróż, ciekawość świata. Co odróżnia? W pierwszym Papla zaznaczył swoją obecność przede wszystkim jako świadek i komentator, w dwóch ostatnich wystąpił również w roli uważnego obserwatora, choć także i demiurga. Wenecję i Londyn potraktował bowiem w sposób inwazyjny – wykorzystując swoje zdjęcia stworzył takie obrazy owych miast, jakich w rzeczywistości nie ma, choć – z drugiej strony – patrząc na te grafiki wiemy, gdzie jesteśmy. Gdyby nie autorskie wyznanie, pewnie mało kto odkryłby ten przewrotny, syntetyzujący fotografie, a więc i pamięć, zabieg. W przypadku Norwegii Jacek położył znacznie większy nacisk na… nacisk pędzla. Mniej majstrował przy elektronicznych montażach, bardziej zawierzył swojej człowieczej duszy i ręce. Kłopot w tym, że o którymkolwiek z tych cykli nie da się powiedzieć nic złego. Każdy ma swoje walory, choć od siebie dodam, że najbardziej podoba mi się ten wenecki… Inna sprawa, że norweski ma w sobie… Londyński zaś…
         Ale C to także chardonnay, ulubione wino Jacka, i cabernet, też dlań ważne, choć mniej ulubione, jak twierdzi. Rzecz się w głowie nie mieści, jednak to prawda: czerwony – a preferuje białe.
         D – jak dyplom. Obronił go w 1976 roku. Dyplomową pracę Papli stanowił tryptyk zatytułowany Ziemia, woda, powietrze, który – wedle zasady matrioszka w matrioszkie – składał się z kolejnych podtryptyków, tryptyków niższych stopniem, jeśli można tak powiedzieć. Był to więc tryptyk dalece niebanalny, bo złożony z aż dziewięciu serigrafii. Kolorowych, by postawić kropkę nad i. Może nie bajecznie, ale zawsze. Po kilkudziesięciu latach od tamtej chwili Jacek melancholijnie i z dystansem wyzna: – Każda z nich opisywała rzecz od ogółu do szczegółu, od różnego do tego samego, od pejzażu do atomu, czyli – mówiąc najogólniej – razem miały świadczyć o jedności świata. Myślałem wtedy pewnie, że Amerykę odkrywam w plastyce czy coś takiego…
         Ale D to też Dora, wielka przyjaciółka Paplowego domu, choć Jacka chyba największa – po latach można to wreszcie ujawnić, zwłaszcza że IPN też wszystko ujawnia. Zawsze się rozumieli w lot. Nic w tym dziwnego, bo Dora jest (uroczą, żeby nie było wątpliwości) Węgierką. To tłumaczy wszystko. Wiadomo przecież, że lengyel, magyar, két jó barát, eggyütt harcol, s issza borát. Zgadza się?
         E – jak Ewa. Paplowa żona. Kobieta czynu. Autentyczna, żarliwa, skuteczna w działaniu feministka. Politolożka z wykształcenia, artystka z ducha. Kiedyś szefowa galerii sztuki na poznańskim Starym Mieście, potem współwłaścicielka rodzinnego Studia Graficznego MJM, a dziś dyrektorka (powstałego także dzięki jej inicjatywie i unijnym środkom) Programu Aktywizacji Zawodowej Kobiet. Zarazem – nieoceniona dusza towarzystwa, a na dodatek autorka doskonałych porowych sałatek i tart, nie mówiąc już o – rzewną mgłą pamięci wzrok przesłaniających – kruchych bitkach pod cudnie śliskim sosem z mąki kartoflanej, w tym roku wzbogaconych ponoć jeszcze onerkowce i karmel. Porzucając zaś kulinaria – nie pamiętam, aby Jacek kiedykolwiek cokolwiek szczególnego mówił o swojej żonie. Doskonale zapamiętałem natomiast to, co o niej kiedyś napisał – może nie wprost, lecz tak, że klękajcie poeci (a inne żony zazdrośćcie): – W oczach córekodnajduję Ewę z tak wielu obrazów zapisanych w pamięci. Powielają to, co tak trudno wyrazić słowami.
         Ale E to również erotyka. Rzecz jest mocno irytująca, niemniej erotyki w twórczości Papli (powszechnie znanego z hedonistycznych tęsknot i upodobań) prawie ze świecą szukać. Sytuację nieco (nieco: mój Boże, raptem sześć sztuk w sumie) ratują wprawdzie wdzięczne prace z cyklu Poranków (2004), a także Szali (2005), ale i tak niedosyt – wobec mniemanego potencjału w tym względzie – pozostaje gigantyczny. Nieśmiale sygnalizowana (choć może i nieświadoma) dwuznaczność, z jaką Jacek jest skłonny zaprezentować odbiorcy delikatnie, kusząco rozwarte odrzwia na Wzgórzu Przemysła, czy też pokazać mu całkiem z bliska wznoszącego się pegaza, nie pozostawia złudzeń co do tego, jak kreatywnie mógłby wyrazić istotę nocy poprzedzających tamte Poranki, nocyspowitych na dodatek w one zwiewne Szale… Ów smutny wątek ma na szczęście pewien jasny punkt: oto bardzo dobre erotyki wypuszcza spod swojej ręki druga córka Jacka, Zuza. Cóż – i może niech tak zostanie? W końcu dzieci są także od tego, by – z czasem – zajmować miejsce rodziców. Zwłaszcza w ww. kwestii.
         F – jak fotografia. Gdy sięgam pamięcią wstecz, a na użytek tego alfabetu sięgam najbardziej zamaszyście jak potrafię, przypominam sobie, że Papla z fotografią kojarzył mi się zawsze, bo był to przecież punkt wyjścia do jego prac. Paradoksalnie jednak – nigdy nie widziałem Jacka z aparatem (zwanym w rodzinie aparacikiem) w ręce! Z innymi wartościowymi rzeczami – i owszem: z jakimś intelektualnym pismem na przykład, albo z pełnym kieliszkiem… Ale z canonem czy smieną? W życiu! Nigdy też nasza rozmowa, o dziwo, na te tematy jakoś nie zeszła. Dlatego też mogę jedynie wierzyć w to (i z wiarą tą głosić prawdę dalej), co zacytował wspomniany już Andrzej Haegenbarth w publikacji poświęconej Papli, wydanej przy okazji 20-lecia istnienia Stowarzyszenia Polskich Artystów Malarzy i Grafików Wielkopolska: – Jestem przekonany – powiada artysta – że moje postrzeganie świata jest zdominowane przez „widzenie fotograficzne”, że myślę kadrem. Według mnie świat nie ma granic. To właśnie kadr ujmuje go w ramy, porządkuje go, nadaje mu sens.
         Ale F to i Flekkefjord, rodzinna miejscowość Knuta. Knut jest Norwegiem, któremu swego czasu wpadła w oko (skutecznie, bo ślubem się skończyło) Iwona, przyjaciółka Paplów, dzięki czemu on sam też stał się bliskim przyjacielem tego stadła. – Dzięki ich zaproszeniu zobaczyliśmy Norwegię taką jakiej nie widzą zwykli turyści – mówi Jacek. – Norwegię szczerych, prawdziwie otwartych ludzi i przyrody wybuchającej zielenią krótkiego lata, choć jednocześnie mglistej i deszczowej, czego doświadczyliśmy właśnie w drodze do Flekkefjord, a czego dowodem jest cykl szaroniebieskawych grafik, niby zimnych, ale jednak z wibrującą i niepokojącą zielenią.
         G – jak grafika. Paplowa domena od niepamiętnych lat. Owszem, zmuszany był też (z niezłym skutkiem skądinąd) do olejnego malarstwa, ale po dyplomie zdecydowanie przyciągnął do siebie ulubione sito. Gdy minęło kilka dekad, napisał o tym tak: Poczynając od pierwszych prac graficznych starałem się być blisko spraw dziejących się wokół mnie. Nie była to bliskość reportera czy gawędziarza mówiącego o codzienności, lecz raczej osobisty komentarz do wszystkiego, co mnie otaczało i dotykało. Zarówno w opisie dosłowności krajobrazu, jak i osobistych odczuć człowieka aktywnego. Wybór serigrafii jako techniki był naturalną konsekwencją posługiwania się aparatem fotograficznym używanym do zapisu rzeczywistości. Korzystałem z najbliższego otoczenia, krajobrazu, osób, by jasnym, prostym przekazem oddać to, co było w tym momencie dla mnie najistotniejsze.
         Ale G to także gitara. Mówiąc nawiasem – na tym poletku Jacek był samoukiem. Opanował czytanie nut tak dobrze, że bez tremy grał z nich muzykę klasyczną. Choć z pozoru można by sądzić, że Ewę poderwał na wspomniany aparacik, by nie podkreślić roli rastra w tym dziele, prawda jest inna: ujął ją strunowymi transpozycjami Bacha. Potem, krótko acz z przyjemnością, grał jeszcze (na pożyczonej od kuzyna sławnej basowej czechosłowackiej jolanie) w czteroosobowym zespole bluesowym w Aspirynie – znanym poznańskim klubie medyków. I pomyśleć, że gdyby tego zajęcia nie porzucił, grałby sobie dziś chłop gdzieś na świecie z B.B. Kingiem, czy innym Johnem Mayallem, a nie psuł oczy przy grafikach…
         H – jak Homokterenye. Rodzinna wioska Dory. To także mała ojczyzna Istvana, ojca tej damy, farmaceuty, który oprócz leków ratujących zdrowie potrafi także wyczarować, na przykład ze śliwek, specyfiki podnoszące człowieka na duchu. Trudno się dziwić, że jedna z Jacka prac nosi taki tytuł, jak nazwa tej wsi.
         Ale H to również haczyk. Na żyłce. Są dowody na to, że Papla łowił, są zdjęcia. Inna rzecz, że robił to ze dwa, trzy razy w życiu i to bez przyjemności, bo przyjemności tej nie cierpi, jeśli ten zwrot w ogóle ma sens. I powiada, że pośród tych nielicznych połowów udało mu się złowić wyłącznie pewną Rybę z dużej litery, z dużej, bo zodiakalną – Ewę.
         I – jak imponderabilia. Chociaż śmiesznie to dzisiaj brzmi, Papla wyznaje archaiczne zasady bycia/życia i nie zamierza się z nimi rozstawać. Nie ma sposobu, by w tych akurat kwestiach przestawić go na inny tor. Wciąż – mówiąc górnolotnie – wierzy w człowieka, ciągle też, choć moda dawno minęła, angażuje się w działalność społeczną. Co z tego ma? A co może mieć? Pewnie aprobatę kolegów, w imieniu których kieruje związkiem plastyków. I jeszcze – dajmy na to – dobre myśli ze strony studentek i studentów, dla których organizuje konkursy czy wystawy. Idealista, nie da się ukryć, idealista, by pozostać przy wiodącej literze. Jeden z tych – na szczęście wciąż wielu – którzy się jeszcze ostali z minionych czasów. Bo naśladowców w czasach obecnych brak.
         Ale I to też import, w tym wypadku import myśli. Wiele lat temu Jacek objawił mi, cytując profesora Tadeusza Brzozowskiego, że sztuka wywodzi się od sztuczki. Zapamiętałem. Sprawdziłem. Zgadza się co do joty. Co niniejszym, za Paplą i Brzozowskim, pozwalam sobie poddać dalej pod rozwagę.
         J – jak Jacek. Imię pochodzące z Grecji. Dawniej funkcjonowało jako zdrobnienie od Jacentego (przekształcenie Hiacynta). Liczba imienia Jacek równa się trójce, co oznacza ludzi o żywym umyśle, dzielnych i zaradnych, pomysłowych, błyskotliwych i z góry przeznaczonych do sukcesu. Typowy Jacek szybko myśli, wyciąga wnioski i podejmuje decyzje. Zwykle ma rozległe zainteresowania i chętnie zabiera głos na najróżniejsze tematy. Lubi dyskusje, słowne starcia. Wśród Jacków jest wielu podróżników. Jako że imię to z natury rzeczy ma brzmienie zdrobniałe, jego nosiciele nawet w wieku dojrzałym zachowują dziecięcą świeżość spojrzenia. Żywo wspominają przygody z harcerstwa, podchody i grę w dwa ognie. W ich świecie jest wiele miejsca na zabawę.
Ale J to także dwuczęściowa praca z końca lat 70. zatytułowana Jestem. Dwuczęściowa, prosta w formie, duży raster, kolor brązowy, płaski teren fotografowany pod słońce. – Dlaczego jest dla mnie ważna? – zastanawia się artysta. – Jest ważna, bo świadczy o tym, że jestem, jestem w stanie odebrać
to wszystko, co mnie tyczy i co nie tyczy. Jestem i widzę, jestem i robię, po prostu jestem.
         K – jak kocham. – Kocham to słowo, którego nie używam – wyznał Papla przy jakiejś okazji. – Ubogi mąż, biedna żona, brak uczuciowy? Rzecz w tym, że ciągle ocierając się o banał, sam obawiam się go wypowiedzieć. Więc nie mówię, ale szczęśliwie rozumiemy się bez słów, wspólny czas pozwolił nam nauczyć się nas samych w geście, dotyku, spojrzeniu, intonacji głosu. Opowieść o kobiecie i mężczyźnie jest trudna, odnoszę wrażenie, że zawsze lepsze jest niedopowiedzenie, nieznane, tajemnicze i potęgujące obszar doznań. Kobieta w oczach mężczyzny, męskie fascynacje w oczach samego autora, opowieść krótka, otwarta na nowe. Opowieść o doznaniach, ocena przez przedmioty i pozy znane na co dzień, a przecież ciągle fascynujące, dające radość i spełnienie. Fotograficzny obiektywizm zapisanych przedmiotów i gest ręki opisujący to, co znane od lat. Wspólnie tworzą opowieść o osobistym świecie dwojga ludzi oddanych sobie bez reszty. Akt i martwa natura – kolejny banał abecadła sztuki, przelotny w częstych spotkaniach, budzący pozaestetyczne tęsknoty.
         Ale K to również korty poznańskiego AZS, Akademickiego Związku Sportowego. Wraz z kolegą Tomaszem Ozdowskim Jacek rozpoczął tam treningi u nie byle kogo, bo – sławnego w latach 60. i na początku 70. – Wiesława Gąsiorka, uczestnika wielkoszlemowych imprez, wieloletniego obrońcy polskich barw w Pucharze Davisa, a skądinąd także mistrza Europy amatorów w deblu. – Zabawa trwała bardzo krótko – wspomina Papla – ponieważ przyszedł doktor Jan Fibak z synem i skończyło się: z jednej strony zainteresowanie trenera nami, a z drugiej – nasze tenisem…
         L – jak lewa. Oto (lingwistyczny, na szczęście) paradoks: Papla, człowiek niezwykłej prawości, ma lewicowe poglądy, a na dodatek jest z natury leworęczny. Czy to w ogóle możliwe, by ktoś prawy miał lewą rękę? Okazuje się, że tak. Inna sprawa, że jest to ręka poniekąd uciemiężona. – Piszę prawą, oduczono mnie pisania lewą w szkole w sposób drastyczny: linijką po łapie – wspomina Jacek. Żartobliwie można by powiedzieć, że to wyznanie objaśnia jego dorosłą lewicowość, ale byłby to żart marny. Bo niezłomna, chwalona także przez politycznych wrogów lewicowość Jacka ma swoje źródło w doświadczeniu dalece wykraczającym poza ściany szkolnej klasy. Wzięła się przede wszystkim z uważnych, wrażliwych obserwacji natury socjalnej, z licznych dyskusji o tym, czy lepiej mieć, czy lepiej być, z wnikliwej lektury kanonicznych książek.
         Ale L to też Lisewo. Wieś na Pomorzu, gdzie Papla spędzał letnie wakacje u ciotek góralek. Owszem, jest w tym zdaniu pewien dyskomfort poznawczy, lecz nie ma błędu: w latach 20. część rodziny Jackowego
ojca wyemigrowała za chlebem do Brazylii, do Kurytyby, część zaś – na Pomorze. Nic dziwnego, że ci drudzy postawili dom, najprawdziwszą drewnianą góralską chałupę, akurat we wspomnianym Lisewie – na polu obok rosły, niczym w Beskidzie, najprawdziwsze rydze. Po latach, jakie minęły od dziecięcych Jackowych bytności w owej góralsko-pomorskiej wsi, kilka kilometrów od niej, w Krokowej, w Muzeum Okręgowym (którego sala wystawowa mieści się w zabudowaniach gospodarczych słynnego pałacu rodziny von Krokow) została otwarta wystawa zatytułowana Jacek Papla – Grafiki. Za sprawą młodzieńczych wspomnień Jacek zalicza ją dziś do najważniejszych ekspozycji swoich prac. A skoro tak, to jeszcze dwa słowa na ten temat: wystawę zorganizowali pewni dobrzy ludzie mający dom w Karwieńskich Błotach, cztery kilometry od Krokowej. Efektem Paplowego wyjazdu na wernisaż stały się zaś trzy grafiki z cyklu Karwieńskie Błota.
         Ł – jak ławka. Z okazji 750-lecia lokacji Poznania, które przypadło na rok 2003, ktoś mądry wymyślił akcję pod nazwą Artystyczne Ławki. Chodziło o to, by miejscowi artyści plastycy różnych specjalności zaprojektowali niebanalne siedziska, które – stawiane latem na Starym Mieście, głównie na Starym Rynku – byłyby ni to plenerowymi rzeźbami, ni to właśnie zwykłymi ławkami, służącymi strudzonym wędrowcom po tym pięknym kwartale wielkopolskiej stolicy. Jednorazowa akcja zaowocowała kolejnymi, dorocznymi edycjami. Od dwóch lat w cieniu ratusza, w ostentacyjnym sąsiedztwie Galerii Miejskiej Arsenał, od czerwca do października stoi ławka zaprojektowana przez Paplę. Co tam – stoi! Kłuje! Na szczęście tylko w oczy. Jest jadowicie czerwona i zgryźliwie czarna. Złośliwie czerwono-czarna.
         Ale Ł to także łatwa technika. Tak się mówi o sitodruku. Łatwa jak łatwa, zdaniem bohatera katalogu. W przypadku grafik weneckich drukował prace o formacie 100×70 cm z siedemnastu matryc. I marzy o tym, by poznać kogoś, kto podobnie morderczy wysiłek powtórzy.
         M – jak Moje, twoje, nasze, kolejny Paplowy tryptyk, będący konsekwentną kontynuacją pracy dyplomowej, tym razem tylko trzyczęściowy, złożony z rastrowanych, zbrązowionych tatrzańskich pejzaży. Bardzo ważna praca. Było to pierwsze dzieło Jacka, jakie – na dodatek tuż po zakończeniu przezeń studiów – zostało zakwalifikowane na prestiżowe Międzynarodowe Biennale Grafiki w Krakowie, przegląd odbywający się dziś w cyklu trzyletnim. Wtręt osobisty: zasypiam z jedną trzecią tej pracy pod powiekami i budzę się patrząc na nią dzień w dzień od dziesiątków lat. Trzymam bowiem tę tercję artystyczną w sypialni, traf chciał – na wprost wezgłowia. Wieczorem działa znacznie lepiej niż liczenie baranów. A rano – każe piąć się w górę, bo to serigrafia przedstawiająca nadmorskooki Wołoszyn.
         Ale M to również M jak Miłość. Telewizyjny serial będący współczesnym symbolem nieskończoności. Niniejszym zaświadcza się, że Jacek Papla z przedsięwzięciem tym nie ma nic wspólnego. Od 1972 roku kręci bowiem, a właściwie kręcą oboje z Ewą, swój serial na ten temat, na dodatek z codzienną emisją. Jedyne, co łączy obie produkcje, to – jak można sądzić – wspomniana nieskończoność.
         N – jak Nagroda Artystyczna Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, przyznawana przez Prezesa Rady Ministrów. Najbardziej przez Jacka ceniona spośród wyróżnień jakie otrzymał. Odbierał ją w roku 1985, w Sali Kolumnowej Pałacu Namiestnikowskiego, późniejszego Pałacu Prezydenckiego. Aż głupio się przyznać – bo wygląda z tych zapisków na to, że chodziłem za Paplą jak cień, niczym oficer prowadzący – niemniej i przy tym wydarzeniu, chcąc nie chcąc, byłem obecny. Ale też tylko dlatego pamiętam, że pośród laureatów nagrody znalazła się wówczas także znakomita tancerka baletowa Ewa Głowacka i świetna skrzypaczka Barbara Górzyńska. Skład męski – poza Jackiem – reprezentował m.in. Juliusz Machulski oraz zespół Kombi. A kto był wówczas premierem? Wojciech Jaruzelski, nie chce być inaczej!
         Ale N to też Nekielka. Taka mniejsza Nekla, jak łatwo zgadnąć. Chociaż… W zasadzie w ogóle nie Nekla, tylko nieodległa od niej, przytulona do lasu wieś Tam właśnie państwo Paplowie postanowili szukać swojego miejsca. Wstępnie zbudowali więc na wielkiej polanie domek z przyjaźnie otwartym, użytkowym poddaszem, a także z tarasem wspaniale służącym słonecznemu śniadaniu (w znaczeniu czasownikowym) i wieczornemu biesiadowaniu (w znaczeniu ludycznym), potem wysypali ceglanym proszkiem kort… A skoro już o nim mowa: z pierwszą wiosną kort zarósł zielskiem, na trawiastych zaś, jak wiadomo, grają tylko mistrzowie. Zamiast podjąć wyzwanie i równać do najlepszych, Ewa i Jacek postanowili wymienić nawierzchnię na trawę sztuczną. Papla powiada, że dopiero wtedy, gdy to zrobią – bo przecież są jakieś priorytety – przystąpią do stawiania domu z pracownią. Wygląda na to, że szukanie swojego miejsca właśnie w Nekielce znalazło szczęśliwy finał.
         O – jak Ona. Jak tytuł pracy z 1981 roku, uhonorowanej w Łodzi, na Ogólnopolskim Konkursie na Grafikę, nagrodą prezydenta miasta. – Ona – mówi Papla – to kobieta, ale także Polska, czyli ojczyzna. To obraz roku trudnego: na różny sposób dla wielu z nas. Mroczny, szaro-czarny pejzaż z lasu, z oczkiem wodnym, z centralnym światłem, takim światełkiem w tunelu. Nie ukrywam, że robiłem Oną spontaniczne, jako odpowiedź na to, co się dzieje. Był to niewypowiedziany wprost obraz moich nastrojów – zmartwień o przyszłość mojej rodziny, o pracę i dom…
         Ale O to także ojczyzna. Vide O.
         P – jak Papla. Zdaniem Jacka – nazwisko wzięło się z przezwiska. Z ustnych rodzinnych przekazów wynika, że Paplowie przybyli do Polski z południa z Mołdawii – może z Bukowiny, może z rumuńskich Karpat. Na pewno byli góralami, najprawdopodobniej pasterzami. Gdy osiedli w Beskidzie, założyli wieś Głuchaczki, kto wie, czy nie nazwaną tak od otaczającej to miejsce głuszy, skąd z czasem Jackowy dziadek Michał, z żoną Rozalią, przenieśli się do Białej pod Bielskiem, by stamtąd, wraz z piątką dzieci, przyjechać za chlebem do Poznania. Tu jeden z ich trzech synów, Franciszek, poznał Stanisławę z Nowaczyków i – zamiast (zgodnie z rodzinnym planem) wyruszyć do Kurytyby, by pomóc starszemu bratu Rudolfowi w budowie domu – wrósł w Gród Przemysława na stałe. To między innymi dlatego wyrosły z tego związku Jacek nie jest dziś nie tylko bluesmanem, lecz także rozchwytywanym brazylijskim piłkarzem czy królem salsy.
         Ale P to również przyjaciele. – Nie muszę ich widzieć codziennie – powiada Papla na wypadek, gdyby ktoś z tego bratniego towarzystwa, nie daj Boże, chciał się spotykać częściej. – Wiem jednak, że gdyby nie oni, przestałbym wierzyć w ludzką bezinteresowność, nie poznałbym wielu pięknych miejsc, rzeczy trudne pozostawałyby trudne, a rozmowy o życiu i zniuansowane żarty byłyby tylko konwersacją i rozrywką. Nie mam pojęcia, czy Jacek zalicza mnie do grona przyjaciół, niemniej na wszelki wypadek widuję się z nim nie częściej, niż raz na trzy lata.
         R – jak rodzina. Stanowczo za długo byłoby mówić na ten temat; katalog mógłby zamienić się w całkiem grubą księgę. Vide więc A, vide E, vide P, vide U, vide Z. Tam jest już wszystko na ten temat. No – prawie wszystko.
         Ale R to także rabany, rabaty, rachunki, racje, radości, rady, radykałowie, rajstopy, ramy i ramki, reakcje, reaktywacje, rebusy, recepty, rondle, rostbefy, rozczarowania, rozjazdy, rozterki, rytuały… Każdy się o to potyka, prawda? Jacek też. Może niekoniecznie o rajstopy, ale o rachunki na sto procent…
         S – jak sztuka. Był rok 1983. Jakiś podszept sprawił, że postanowiłem porozmawiać z Paplą na łamach niezwykle wtedy popularnego, adresowanego do młodzieży tygodnika Razem „o życiu”, jak zwykło się to przedstawiać. Wyszedł z tego wywiad okładkowy, czyli wywiedziony z lica, co zawsze jest wyróżnieniem, ale bynajmniej nie „o życiu”. Jacek przede wszystkim objaśniał małolatom, czym sztuka jest, a czym nie jest. – Sztuka nie jest leksykonem, który uczy życia od razu – mówił. – Trzeba się przyznawać, iż się czegoś nie rozumie, bo tak się dochodzi do rozumienia całości. (…) Sztuka może być albo piękna, albo szokująca. Musi natomiast być na tyle wyrazista, by nie wymagała werbalnych objaśnień. Niekoniecznie przy tym dzieło musi być zrozumiałe, bo przecież tajemnica też pociąga. Rzecz w tym, by widza zatykało – pięknem, myślą.
         Ale S to też wspomniane wcześniej Stowarzyszenie Polskich Artystów Malarzy i Grafików Wielkopolska (SPAMiG). Papla jest jego prezesem. Sam chciał. Gdyby nie chciał, to by nie był. Takie są możliwości potencjalnych prezesów: gdyby Jarosław Kaczyński nie chciał być prezesem PiS, też by nim nie był. Na tym jednak analogie dotyczące obu mężów definitywnie się kończą.
         T – jak tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty pierwszy. W tymże roku urodzili się: Bertie Ahern, premier Irlandii; Pedro Almodóvar, hiszpański reżyser i scenarzysta filmowy; Phil Collins, wiadomo kto… Wtedy też nad Wisłą przyszły na świat takie postaci jak Andrzej Ananicz, były szef Agencji Wywiadu; Ewa Bem, piosenkarka; Jan Krzysztof Bielecki, były premier; Leszek Cichy, słynny himalaista… I pomyśleć, że to dopiero trzy pierwsze litery alfabetu… Zjedźmy na P. Roman Paszke, sławny żeglarz. Marek Piekarczyk, lider TSA. Romina Power, włoska piosenkarka i aktorka. No i Papla. Tak jest – Jacek Papla.
         Ale T to również Tadeusz. Jaki Tadeusz? Kościuszko. A niby przy jakiej to ulicy Paple w Poznaniu mieszkają? Chwileczkę: kto powiedział, że przy Cymańskiego?! To nieprawda – jeszcze nie.
         U – jak Uniwersytet Zielonogórski. Tamtejszy Wydział Artystyczny, a dokładniej mówiąc Instytut Sztuk Pięknych, to miejsce dydaktycznej pracy adiunkta Papli od lat dziesięciu. Związał się z tą uczelnią po blisko dwudziestoletniej współpracy z poznańską Państwową Wyższą Szkołą Sztuk Plastycznych, której zresztą jest absolwentem, a która – gdy ją opuszczał – była już Akademią Sztuk Pięknych. Dziś jest Jacek wicedyrektorem wspomnianego instytutu i prowadzi w nim dwie pracownie: sitodruku oraz grafiki edytorskiej.
         Ale U to i ule. Paplowy tata (z zawodu ślusarz precyzyjny, z zamiłowania stolarz i pszczelarz) miał tychże uli aż siedemnaście, a Jacek od dziecka pomagał wybierać z nich miód. Nic dziwnego, że dziś Papla zapowiada, iż na emeryturze sprawi sobie swoje ule. Historia (pszczelarstwa) zatacza koło…
         W – jak wystawy. Począwszy od roku 1975 ma Papla na koncie kilkanaście ekspozycji indywidualnych i kilkadziesiąt zbiorowych, zarówno w kraju, jak i za granicą. Te najważniejsze to… – Jeśli chodzi o indywidualne – powiada – zawsze najważniejsza jest ostatnia, czyli w tym wypadku ta prezentowana w roku 2005 w Galerii SPAMiG i następna, a zatem obecna, w Jastrowie. Rzecz polega na tym, że ogląd powieszonych w odpowiednim porządku prac poprzednich pozwala zrozumieć ich ułomności, pozwala ocenić, co jest marne, a co warto kontynuować, także z myślą o kolejnej ekspozycji.
A co z najważniejszymi zbiorowymi? To dla Jacka wszystkie te, na których zostały zauważone jego prace, np. Pokonkursowa Wystawa Grafiki w Łodzi w roku 1979, czy też Biennale Grafiki Europejskiej w Baden-Baden w roku 1983. Co to znaczy: zauważone? Nagrodzone bądź też wyróżnione zasłyszanymi podczas wernisaży opiniami. Kto wie, która forma aprobaty lepsza…
         Ale W to również cykliczne wydawnictwo 6na9 – z nazwy łatwo dociec, że adresowane przede wszystkim do licealistów, a także do studentów. W sumie ukazało się pięć numerów tego – wymyślonego i własnymi siłami wypuszczanego przez Jacka w świat – niezwykłego magazynu poświęconego sztuce. Nic dziwnego, że tylko pięć, bo periodyk ów miał kilka istotnych wad. Po pierwsze – w założeniu chciał nieść sztukę pod strzechy, czyli do szkół średnich, co w dzisiejszych czasach jest pomysłem absurdalnym. Po drugie – redagowany był jako pismo naprawdę ambitne, co w dzisiejszych czasach… Po trzecie wreszcie – był bezpłatny, a jednocześnie dość luksusowy, co w dzisiejszych czasach… Sumując… Idea była szczytna (vide: I), ale gdy schłodzono gospodarkę – Jacka zmroziło, i tak oto kolejna, szlachetna obywatelska inicjatywa wzięła w łeb przez bejmy, jak mówią w Poznaniu. Jakkolwiek ożywczo czy groźnie by to brzmiało – Papla ma w zanadrzu kilka kolejnych projektów.
         X – jak XXX. To tytuł pracy Jacka z 1978 roku. Całkiem sporej (rzecz składa się z czterech formatów o wymiarach 200×140 cm), dlatego też absolutnie na miejscu będzie pytanie o to, dlaczego autor nie użył nazwy XXXL. Wątpliwości jest więcej. XXX to przecież… logo treści obscenicznych… Inna rzecz, że xxx we współczesnej, internetowej (i nie tylko internetowej), korespondencji znaczy też: kisses… Czyli: ucałowania, całuski…Papla idzie jednak w zaparte i twierdzi, że temat pracy zaczerpnięty został z alei wiązów w Rogalinie. – Na jej widok – wspomina z sentymentem – głos uwiązł mi w gardle i nie zdołałem wykrzesać z siebie innego tytułu poza XXX… Spróbujmy mu uwierzyć. Zwłaszcza, że każdemu by na widok wiązów uwiązł.
         Ale X to także równanie pierwszego stopnia z jedną niewiadomą. Wreszcie coś, czego Jacek szczerze nienawidzi. Nic dziwnego. Spójrzmy: (x+3)(x-4) = x(x-5). Co to w ogóle jest?! Podobno wynik liczenia wynosi
5/7x = 2/14, jednak w okolicy od dawna nie ma nikogo, kto mógłby to potwierdzić.
         Y – jak Yale. To prawda, co się powszechnie mówi – Papla rzeczywiście nigdy nie ukończył studiów w Yale University, zwłaszcza że ich nigdy tam nie zaczął. Ma za to studio zamykane na yale.
         Ale Y to też Yamato – japoński okręt wojenny, pancernik. Otóż w młodości Jacek był modelarzem i robił model tegoż okrętu. Nie skończył go, niestety, ze szkodą dla… Dla wszystkich, taka jest prawda. Zrobił jednak dziesiątki innych modeli, głównie kartonowych, ale także drewnianych, zarówno okrętów jak i samolotów. Papla powiada, że plastykiem został właśnie z zamiłowania do prac ręcznych. I zapewnia, że – tak jak do uli – wróci na emeryturze do modelarstwa. To krzepiąca wiadomość. Sam widziałem, co potrafił ulepić z wałka plasteliny. Dodam, że nie był to ani samolot, ani okręt.
         Z – jak Zuzanna. Druga Paplowa córka. Artystka, po ojcu. Wspomniana już jako autorka interesujących erotyków. Tu po raz ostatni wrzucę kamyczek do swojego ogródka, tym razem jednak naprawdę nie mogę tego nie zrobić, a to za sprawą pewnej anegdoty. Otóż – poznaliśmy się, gdy panna miała może ze trzy lata. Paple mieszkali wtedy na niższym poddaszu swojej pięknej podniebnej siedziby, a smutna Zuza siedziała na schodach wiodących na poddasze wyższe. Tego wieczoru coś przeskrobała i Ewa zapowiedziała jej, że o wszystkim powie tacie, kiedy ten wróci do domu. Gdy tylko Jacek stanął w drzwiach, Zuza gromkim dziecięcym głosem rzuciła: – Jak tatuś dzisiaj ładnie wygląda!
         Ale Z to również zabawa. Z Paplą zawsze udana. No to – wesołej zabawy!

Marek Rudnicki