Dama z widelcem

Zdarzyło Ci się kiedyś stanąć przed jakimś obrazem czy grafiką, i nie rozumieć owego dzieła?
Owszem, zdarzyło.
I nie popadłeś w kompleksy?
Nie.Znam mnóstwo ludzi, którzy nie rozumieją – zwłaszcza współczesnej sztuki, a jednak się do tego nie przyznają, bo się wstydzą.

Nie ma czego! Trzeba być sobą. Interpretacja dzieła sztuki może być zupełnie skrajna. Nie ma więc sensu zastanawianie się, co autor chciał przez to powiedzieć, choć każdy twórca ma, rzecz jasna, nadzieję, że go prawidłowo odczytają. Korzyścią jest jednak nie zrozumienie owych intencji, lecz satysfakcja wyniesiona z oglądania dzieła. Jeśli ktoś odczyta dzieło nie tak jak „powinien”, to wcale to go nie dyskwalifikuje intelektualnie. Jest gorzej, gdy człowiek nie potrafi się przyznać, że czegoś nie rozumie. Przecież poznanie to kwestia czasu. Sztuka nie jest leksykonem, który uczy życia od razu. Trzeba się przyznawać, iż się czegoś nie rozumie, bo tak się dochodzi do rozumienia całości. Ze sztuką jest zresztą trochę tak jak z kolorami. Jednemu odpowiada zielony, innemu fioletowy. Czy można tu mówić o „ rozumieniu” kolorów?
Czyli – nie bójmy się sztuki. Oglądajmy nie tylko Matejkę, ale i- dajmy na to Stażewskiego?
Jasne! I nie wstydźmy się, jeśli wolimy Matejkę. Każdy człowiek jest indywidualnością. Niech sięga po co chce i co mu sprawia największą satysfakcję. Byle sięgał. I byle sięgał po dzieło sztuki w oryginale. Osobiście uważam, że reprodukcje powinny znajdować się w albumach. Ale do kontaktu osobistego potrzebna jest sztuka żywa. Bo zawiera w sobie elementy osobowości artysty, zawsze widać tam jakiś bezpośredni jego ślad, który wzbudza świadomość, że malował to konkretny twórca, że stał on być może w tym samym miejscu, co odbiorca…
A czy nie sądzisz, że jeśli każdy odczyta jakieś dzieło po swojemu, to dojdzie do strasznego bałaganu?
Sztuka ma to do siebie, że jednych dzieli a drugich łączy. Sztuka nie może być dopowiedziana do końca. Picasso tworzy sztukę polityczną. Namalował „ Guernikę”. Nie wszyscy go za to pokochali. Ale wielu zjednoczył wokół sprawy, której „Guernica” była symbolem. Przede wszystkim jednak świadomość tego, że sztuka jest wieloznaczna, że każdy może ją odczytywać inaczej, pozwala dociekać, dlaczego ktoś myśli inaczej. To zaś uczy- a przynajmniej powinno uczyć- tolerancji.
Słowem sztuka – to sztuka myślenia.
Profesor Tadeusz Brzozowski mawia, że sztuka wywodzi się od sztuczki. A więc powinna zadziwiać. Z tym, iż oczywiście- skoro zadziwia- to w dalszej konsekwencji każe się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje.
Sztuka powinna być więc publicystyczna…
Nie. Wcale nie powinna. Powinna natomiast inspirować do przemyśleń. A jaką metodą- czy publicystyka, czy w jakiś inny sposób, to ma mniejsze znaczenie.
Ostatnio nawet piękno straciło w sztuce znaczenie.
Bo wcale nie jest najważniejsze. Sztuka może być albo piękna, albo szokująca. Musi być natomiast na tyle wyrazista, by nie wymagała werbalnych objaśnień. Niekoniecznie przy tym- co jeszcze raz podkreślam- dzieło musi być zrozumiałe- bo przecież tajemnica też pociąga. Rzecz w tym, by widza zatykało – pięknem, myślą. Różnie to bywa. No i sztuka powinna aktywizować, inspirować do przemyśleń, wydobywać z bierności.
A inspiruje? Zresztą co tu mówić o tak zwanych zwykłych śmiertelnikach, skoro nawet was- młodych plastyków – obcowanie ze sztuką nie aktywizuje. Tyle tandety wokół nas. Czemu tego nie zmieniacie?
Złamanie monopolu na tandetę i brzydotę to kwestia długiego czasu. Ale są przesłanki, że to się uda. Mamy reformę gospodarczą, która urealnia rynek przemysłowy. Jeśli on zacznie funkcjonować normalnie, to- mam nadzieję- coś się zmieni. Nie myślę tu o wielkiej sztuce, ale przede wszystkim o ciekawym wzornictwie przemysłowym.
W produkcji jakoś nie widać.
Bo jeszcze nie funkcjonuje konkurencja. Wzornictwo przemysłowe zacznie się liczyć dopiero wtedy, gdy ona zacznie odgrywać większą rolę. Że coś się rusza, widać choćby na przykładzie firm polonijnych. One przecież korzystają z usług młodych plastyków.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Te firmy to margines przemysłu.
Powoli. Rynek dopiero zaczął się budzić.
Będziecie więc cierpliwie czekać, aż przyjdą do was panowie dyrektorzy przedsiębiorstw, choć to bardziej wy – a nie oni – powinniście dbać o upowszechnianie sztuki. Wygodne to.
Ale innego wyjścia na razie nie ma. Niestety, nie plastyk decyduje o rozwoju sztuki użytkowej…”Po co nasz zakład ma robić jakieś nowe widelce, skoro te, które robi i tak idą jak woda”- to dość typowy sposób rozumowania w zakładach pracy. A te widelce rzeczywiście idą jak woda, tylko wcale nie dlatego, że są takie śliczne, ale dlatego, że nie ma innych. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Dopiero więc z chwilą, gdy widelce zaczną zalegać półki, każdemu z wytwórców zacznie zależeć, by sprzedać te produkowane przez niego. Wtedy przyjdą po nowe wzory.
Finom jednak to wychodzi niezależnie od koniunktury na rynku. Bo u nas sztuką jest obraz, rzeźba, „Dama z Łasiczką” czy „Bitwa pod Grunwaldem”. Garnek zaś to tylko kuchenne naczynie. Tak nas wychowano.
I bardzo źle! Sztuki użytkowej od czystej nie da się odłączyć. Obie wychodzą z jednego źródła. Nie można zatem dzielić sztuki na widelce i obrazy, bo istnienie jednych inspiruje istnienie drugich. Załóżmy, że masz sąsiada plastyka, w którego obrazach odkryłeś taką zieleń, na jaką dotąd nie zwracałeś uwagi. Ta zieleń cię zachwyca. I nagle zauważyłeś, że w pobliskim sklepie sprzedają zasłony właśnie tej barwy. Kupiłeś je. Jest związek? Te wzajemne powiązania szczególnie wyraźnie widać w przypadku sztuki fińskiej czy też japońskiej. Mówiąc górnolotnie, sztuka jako całość jest potrzebna do życia.
Ale bez obrazka można żyć?
Można żyć bez wielu rzeczy. Na dobrą sprawę wystarcza człowiekowi trochę wody i znajomość uprawy ziemi. Mieliśmy poprzestać na tym etapie? Widzenie świata trzeba poszerzać.
Zwłaszcza obcując ze sztuką zupełnie od tego świata oderwaną.
To prawda, że ostatnio artyści uciekają w swój intymny, mały świat, że chcą znaleźć swój model sztuki. Ale nie przesadzaj- to wcale nie jest norma i tak być nie powinno. Przecież da Vinci był uniwersalny. Artysta powinien być humanistą, powinien współdziałać z innymi działami sztuki i żyć tym, co go otacza. Nie powinien więc zamykać się w jakiejś własnej rzeczywistości. Musi mówić do odbiorcy o naszych wspólnych problemach, musi być zamieszany w to, co się wokół dzieje.
Będąc na przykład jak Ty członkiem partii?
Na przykład.
Czujesz się twórcą partyjnym?
To określenie odnosić należy, jak sądzę, przede wszystkim do sfery moralności i światopoglądu. Jest to ważne szczególnie dziś. Być twórcą partyjnym oznacza więc to samo, co być twórcą w całym tego słowa znaczeniu. A to z kolei znaczy, że trzeba rozmawiać z odbiorcą. Nawet gdy się z nim twórca nie zgadza. Bo sztuka jest po to, by rozmawiać, a nie milknąć. Zwłaszcza, że o milknących się zapomina.
Skoro o przynależnościach mowa – jesteś też członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków…
…rozwiązanego związku.
No właśnie – liczyłeś się z tym?
Tak, po ostatnim zebraniu okręgowym. ZPAP powinien być partnerem rozmów, a nie monopolistą w zakresie odpowiedzialności za kulturę plastyczną społeczeństwa. Każde państwo prowadzi swoją politykę kulturalną. Osobiście przypuszczam, że trzeba będzie budować związek od nowa. Jest bardzo potrzebny. Zarówno po to, by dyskutować na temat wspomnianej kultury, jak i po to, by załatwiać choćby sprawy socjalne, zaopatrzenie plastyków i tak dalej.
Skoro będzie związek, to po co powołano jeszcze Radę Młodych przy ministerstwie, której też jesteś członkiem? Przecież problemy plastyków są jednakie.
Każdy rząd ma prawo dobierać sobie ekspertów, bądź poznawać środowisko inaczej, niż tylko przez oficjalną organizację, czyli w tym przypadku ZPAP. Poza tym mamy dzięki Radzie możliwość bezpośredniego wyrażania naszych problemów, wiemy, że nasze głosy nie zginą gdzieś po drodze. Spraw do załatwienia z pewnością nie zabraknie. Rada działa od niedawna, trudno więc mówić o dokonaniach. Sądzę jednak, że będziemy załatwiać sprawy interwencyjne- np. sygnalizować, że w jakimś województwie wydano decyzję utrudniającą zdobycie pracowni- a ponadto zajmiemy się kwestia miejsc pracy dla młodych, czy kształtowaniem rynku sztuki. Ostatnio np. zgłosiliśmy wniosek, by każdy plastyk, który otrzymał stypendium twórcze, organizował po jakimś czasie wystawę ukazującą na co przeznaczył uzyskane fundusze. Chodzi tu o rozliczanie artystyczne.
A czy moglibyście sprawić, by w szkole powiedziano wreszcie młodemu człowiekowi, że sztuki wcale nie trzeba „ rozumieć”? I że każda interpretacja jest dobra? I że sztuka użytkowa to też sztuka? Tych „ i że” mogę jeszcze trochę dodać.
Edukacja plastyczna to spory kłopot, z którym nie bardzo wiadomo jak sobie poradzić. Od rodziców nie można raczej wymagać, by ją prowadzili, bo jest to kwestia zainteresowań- jednym te sprawy są bliskie, innym nie. Ale masz rację- przedszkole, szkoła to są miejsca, w których młodzież powinna poznawać tajniki odbioru sztuki. Tymczasem tymi zagadnieniami zajmują się z reguły ludzie przypadkowi, którzy- w przedszkolu- nie potrafią właściwie wykorzystać specjalnych zestawów zabawek np. rozwijających myślenie przestrzenne. Nauczyciele też nie zawsze potrafią zaangażować uwagę uczniów, nie umieją nauczyć ich jak patrzeć na sztukę itp. A i w późniejszych latach przedmiot „wychowanie plastyczne” traktowany jest raczej „per noga”.
No właśnie. To wszystko wiemy. Tylko że sama taka konstatacja niczego nie zmieni.
Ale jest punktem wyjścia do zmian. Te zaś mają wkrótce nastąpić i to właśnie z inicjatywy młodych ludzi, którzy podali pomysł. Istnieje już bardzo realny zamysł Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz Ministerstwa Oświaty i Wychowania, zamysł tworzenia- tzw. szkolnych ośrodków sztuki. Nie wszędzie, ale od czegoś trzeba zacząć. W niektórych placówkach jedna z klasopracowni stanie się na stałe pracownia artysty-absolwenta szkoły plastycznej. Z tym, iż zdobycie tej kadry wcale nie jest, w moim przekonaniu, takie łatwe. Poznańska PWSSP- jako jedyna uczelnia w kraju- przygotowuje nauczycieli wychowania plastycznego dla szkół. Studenci tego wydziału uciekają jednak po roku czy dwóch na inne. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że status artysty jest bardziej pociągający niż status nauczyciela? Widzę też- że nasi studenci nie są skłonni zauważać świata jaki ich otacza, nie bardzo chcą rozmawiać swoimi pracami o naszych wspólnych sprawach. Bardziej pociąga ich ukazywanie własnej filozofii.
Jako asystent w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu jesteś nauczycielem przyszłych artystów. Uczysz ich natchnienia?
Natchnienia się w szkole nie nauczy. Uczy się natomiast widzenia świata na swój własny sposób. W każdym razie szkoła chciałaby to robić. Szkoła nie narzuca kanonów- robi to tylko w odniesieniu do rzemiosła: są to zasady perspektywy, technologia malarska itp.- chciałaby natomiast wyzwolić w człowieku jego najbardziej osobiste potrzeby i podnieść je na wyższy poziom.
Mówisz „w człowieku”, a masz na myśli wyłącznie studentów uczelni artystycznych.
Nie, bo ostatecznie to się odnosi do wszystkich. Skoro student podniesie swoje potrzeby na wyższy poziom, to i później- poprzez dzieła, jakie będzie tworzy- podniesie je u oglądających. Tak w każdym razie być powinno. Bo tworzy się nie tylko dla siebie ale przede wszystkim dla kogoś.
Dla kogo Ty to robisz?
Dla każdego widza. Mogę z każdym, kto zechce, o tych sprawach dyskutować.
I dlatego Twoje grafiki są bardzo czytelne?
Chciałbym, aby jak najwięcej ludzi nawiązywało z nimi, a więc i z sobą, kontakt. I to wszystko.
To brzmi zupełnie jak deklaracja.
Bo jest.
Rozmawiał: Marek Rudnicki, RAZEM, tygodnik, 1986